Na
Wall Street nie ma przyjaciół
– rzekł Jordan Belfort, młody milioner, który swą karierą rozpoczął inwestując
na giełdzie. Pieniądze wciągały jak narkotyk, narkotyk wciągał niczym
namiętność, a wartości takie jak moralność, uczciwość i rzetelność były dla
nieudaczników. „Wilk z Wall Street” – oto najnowsza produkcja Martina Scorsese.
Już sam duet DiCaprio – odtwórcy roli głównej, i Martina
Scorsese – reżysera, budzi zainteresowanie nową produkcją zatytułowaną „Wilk z
Wall Street”. Przedstawiona na wielkim ekranie historia jednego z najbardziej
kontrowersyjnych inwestorów amerykańskiej giełdy to propozycja nie tylko dla
osób zainteresowanych giełdową tematyką.
Duże pieniądze rodzą wielkie pokusy, które zamiast
tworzyć życie piękniejszym, wiodą bogacza w ślepą uliczkę, ograniczając jego
pole widzenia do własnych pragnień, nie zważając już na to, co kiedyś miało dla
niego największą wartość, niekoniecznie materialną. Laureat Oskara sięgnął po
historię Jordana Belforta, zwanego złotym dzieckiem amerykańskich finansów.
„Wilk z Wall Steet” to jeszcze gorąca propozycja
kinowej nowości, bowiem na ekranach polskich kin zadebiutował 3 stycznia. Obok
wspomnianego już Leonarda DiCaprio w filmie pojawili się m.in. Matthew
McConaughey, Jonah Hill czy Jean Dujardin. Fabuła dotyczy wydarzeń z drugiej
połowy lat osiemdziesiątych, kiedy początkowo licencjonowani maklerzy mogli
liczyć na pracę i godziwą zapłatę w fabryce marzeń i talentów, jaką było Wall
Street, zaś w konsekwencji załamania na rynku wielu wykształconych znawców
giełdy musiało szukać możliwości zarobku poza światem finansów.
Filmowa opowieść o młodym człowieku zainteresowanym
inwestowaniem na giełdzie prowadzi widza przez kolejne etapy jego kariery –
począwszy od otrzymania licencji maklera, po pracę w ferworze emocji i
pieniędzy na Wall Street, bezrobocie, pracę w miejscu, które teoretycznie nie
dawało żadnych szans na progres, aż po otworzenie własnego biznesu,
polegającego na inwestycjach w spółki groszowe. Pomysł okazał się żyłą złota,
ale na bok trzeba było odłożyć wartości niematerialne, a za cel ustanowić sobie
sprzedaż i zaspokojenie własnych potrzeb, opierających się głównie na
niekończących się uciechach.
Ociekający dziesiątkami milionów dolarów biznes rósł
także ze względu na oszustwa podatkowe – dzięki opłaconemu „słupowi” właściciel
firmy założył rachunek w banku szwajcarskim, który zasilany był przemycanym
zarobkiem. Węsząca wokół Belforta FBI w końcu znalazła dowody na defraudacje i
oszustwa, za co inwestor został skazany na pozbawienie wolności.
Łatwy do przewidzenia jest scenariusz – choć w
efekcie pozornej – porażki, w konsekwencji której młody inwestor zostaje sam –
bez przyjaciół, rodziny, majątku, wszelakich bogactw i beztroskiego życia.
Całość opowieści jest jednak bardzo dynamiczna, przedstawia
w interesujący sposób postać historycznego i niezwykle temperamentnego
mężczyzny, uzależnionego od gotówki, adrenaliny, narkotyków i wszelkich uciech.
Choć sam film w mojej opinii zasługuje na niższą niż
przyznaną przez portal Filmweb notę (8,1 pkt.), to na wyróżnienie i pełną
dziesiątkę zasługuje DiCaprio, odtwórca postaci Bilforta. Wspominając niedawną
jego rolę w „Wielkim Gatsbym”, gdzie obserwował świat także z pozycji bogacza,
kolejny raz pokazał doskonałe wykonanie aktorskiego zadania.
Ujęta przez Scorsese historia być może mogłaby trwać
krócej niż blisko trzy godziny, jednak jako całość w kinie odbierana jest z
pewnością bardzo dobrze. Wielu znawców kina już określiło tę propozycję jako
kandydata, a nawet przyszłego laureata Oskara, co także może stanowić impuls do
obejrzenia tej zacnej produkcji.