środa, 13 maja 2015

Może wreszcie oduczę się tego cholernego planowania

     Wszakże to zupełnie nowe, i bardzo zaskakujące mimo wszystkich przygotowań, wydarzenie, nagle staje się punktem wyjściowym do wszystkiego. "Plany z dzieckiem? Szybko się tego oduczysz" - rzekła moja przyjaciółka. Czy źle - chyba tak, lubię planować. Bardzo lubię. Czy dobrze - chyba tak, wreszcie oduczę się tego cholernego planowania.

     Udało mi się przycupnąć i napisać tych kilka słów dzięki chuście -zamotane dziecko siedzi sobie niczym maluch kangurzy w torbie swej mamy. W przeciwnym razie pewnie zaczęłabym pisać (pod warunkiem, że chęć by mi nie przeszła) jedną ręką, podczas gdy drugą podtrzymywałabym karmione dziecię. I to trzeba zaakceptować, bo przygotować po prostu się nie da. Wcześniejsze aktywności zaczynają się przekształcać w coś innego, w opiekę, w edukowanie KOGOŚ (czy w ogóle jestem dobrą osobą do uczenia kogoś O_o), w poszukiwanie rozwiązań na atrakcyjne zorganizowanie dnia. Atrakcyjne, znaczy inne niż przechadzka na domki, do Biedronki, Lidla, Factory czy Parku Tysiąclecia, które w sumie i tak są już "moimi miejscami". 

     Nadchodzą 4 miesiące R., to oznacza 4 miesiące po porodzie. Chyba czas zakończyć okres połogu i wziąć się za siebie

wtorek, 14 stycznia 2014

Ani słowa o OFE


Dziś „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Dziennik Gazeta Prawda” i "Fakt" mówiły jednym głosem. A raczej ich okładki. Od jutra obowiązuje bowiem cenzura, za której złamanie grozi sowita kara.



„Od jutra OFE, tak jak ryby, głosu nie mają. ALE TY TAK! Zdecyduj i powiedz: ZOSTAJĘ Z OFE!” – właśnie takie hasło widniało na okładkach dzienników. Tuż pod tytułem każdej gazety znalazło się miejsce także dla ryby, która odzwierciedlała sens sentencji. Całość na czerwonym tle, żeby było jaśniej. Znaczy wyraźniej.

Ale od początku.

W drugiej połowie minionego roku bardzo często pojawiało się pytanie – ZUS czy OFE? Odnosi się to do zmian, których pomysłodawcą jest rząd z premierem Tuskiem na czele. Choć o ewentualnych modyfikacjach mówiło się już ponad dwa lata temu, to właśnie w ostatnich miesiącach temat ten jest szczególnie gorący. Obywatele dostali wybór – albo składki emerytalne z ich wynagrodzenia kierowane będą do OFE, albo do ZUS-u. Na podjęcie decyzji będą mieli trzy miesiące. Istotą jest to, że domyślnym wyborem jest właśnie ZUS.   

„Okradają nas z pieniędzy!”, „Z emerytury nie będzie nas stać nawet na chleb!”, „Złodzieje!” – to często spotykane hasła po ostatecznym ogłoszeniu zmian w systemie emerytalnym. Czy uzasadnione? Zdaniem rządu oczywiście nie, zdaniem ekspertów – często tak.

Przytoczę choćby przykładową wypowiedź mojego redakcyjnego kolegi, Krzyśka Kolanego, który w firmie pełni funkcję głównego ekonomisty: - Zmiany w OFE należy ocenić negatywnie. Państwo pokazuje, że może zrobić z emeryturami, co tylko zechce. Chodzi o to, by poprawić statystyki długu publicznego. Te zabiegi mają poprawić statystyki budżetu – mówił we wrześniu 2013 roku.

I tak w ostatnich miesiącach zarówno OFE jak i ZUS „przedstawiały” swoje wdzięki w mediach, zachęcając Polaków do wybrania właściwej i dobrej dla nich opcji. Od jutra koniec jednak z reklamami, nawet wspomnienie o Otwartych Funduszach Emerytalnych może być odebrane jako reklama czy sugestia drogi wyboru. Wszystko to pokłosie zapisu w przyjętej 6 grudnia minionego roku ustawie: 

Art. 36. 1. Do dnia 31 lipca 2014 r. jest zabroniona reklama zawierająca informacje o otwartych funduszach emerytalnych lub informacje sugerujące, że reklama odnosi się do otwartych funduszy emerytalnych.
2. Za reklamę nie uważa się zamieszczania na stronie internetowej otwartego funduszu emerytalnego informacji, o których mowa w art. 191 ust. 1 i 1a ustawy zmienianej w art. 4, w brzmieniu nadanym niniejszą ustawą.
3. W przypadku naruszenia zakazu określonego w ust. 1 organ nadzoru, w drodze decyzji administracyjnej, nakazuje powszechnemu towarzystwu emerytalnemu lub podmiotowi działającemu na rzecz powszechnego towarzystwa emerytalnego lub otwartego funduszu emerytalnego zaprzestanie tego naruszenia i nakłada na powszechne towarzystwo emerytalne
lub podmiot działający na rzecz tego towarzystwa lub tego funduszu karę pieniężną w wysokości od 1 000 000 zł do 3 000 000 zł.

Zatem: ani słowa o OFE. Dzienniki dobitnie pokazały, jakie jest ich zdanie o powyższym zapisie. Można się spodziewać, że im bliżej daty podjęcia ostatecznej decyzji, tym więcej w głowach Polaków będzie się rodzić pytań. Szukając podpowiedzi w mediach, szczególnie w internecie, natrafić będą mogli jedynie na archiwalne artykuły. Jeśli i te nie znikną.

niedziela, 5 stycznia 2014

Horror. Polski. O wampirach. Tyle chociaż, że piękne widoki wokół Ślęży.
http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/1081282,swit-wampirow-pod-sleza-zobacz-zwiastun-polskiego-horroru-zdjecia-film,id,t.html

Gdzie przyjaźń i pieniądze to dwa bieguny

Na Wall Street nie ma przyjaciół – rzekł Jordan Belfort, młody milioner, który swą karierą rozpoczął inwestując na giełdzie. Pieniądze wciągały jak narkotyk, narkotyk wciągał niczym namiętność, a wartości takie jak moralność, uczciwość i rzetelność były dla nieudaczników. „Wilk z Wall Street” – oto najnowsza produkcja Martina Scorsese.
 
Już sam duet DiCaprio – odtwórcy roli głównej, i Martina Scorsese – reżysera, budzi zainteresowanie nową produkcją zatytułowaną „Wilk z Wall Street”. Przedstawiona na wielkim ekranie historia jednego z najbardziej kontrowersyjnych inwestorów amerykańskiej giełdy to propozycja nie tylko dla osób zainteresowanych giełdową tematyką. 


Duże pieniądze rodzą wielkie pokusy, które zamiast tworzyć życie piękniejszym, wiodą bogacza w ślepą uliczkę, ograniczając jego pole widzenia do własnych pragnień, nie zważając już na to, co kiedyś miało dla niego największą wartość, niekoniecznie materialną. Laureat Oskara sięgnął po historię Jordana Belforta, zwanego złotym dzieckiem amerykańskich finansów. 

„Wilk z Wall Steet” to jeszcze gorąca propozycja kinowej nowości, bowiem na ekranach polskich kin zadebiutował 3 stycznia. Obok wspomnianego już Leonarda DiCaprio w filmie pojawili się m.in. Matthew McConaughey, Jonah Hill czy Jean Dujardin. Fabuła dotyczy wydarzeń z drugiej połowy lat osiemdziesiątych, kiedy początkowo licencjonowani maklerzy mogli liczyć na pracę i godziwą zapłatę w fabryce marzeń i talentów, jaką było Wall Street, zaś w konsekwencji załamania na rynku wielu wykształconych znawców giełdy musiało szukać możliwości zarobku poza światem finansów.

Filmowa opowieść o młodym człowieku zainteresowanym inwestowaniem na giełdzie prowadzi widza przez kolejne etapy jego kariery – począwszy od otrzymania licencji maklera, po pracę w ferworze emocji i pieniędzy na Wall Street, bezrobocie, pracę w miejscu, które teoretycznie nie dawało żadnych szans na progres, aż po otworzenie własnego biznesu, polegającego na inwestycjach w spółki groszowe. Pomysł okazał się żyłą złota, ale na bok trzeba było odłożyć wartości niematerialne, a za cel ustanowić sobie sprzedaż i zaspokojenie własnych potrzeb, opierających się głównie na niekończących się uciechach. 

Ociekający dziesiątkami milionów dolarów biznes rósł także ze względu na oszustwa podatkowe – dzięki opłaconemu „słupowi” właściciel firmy założył rachunek w banku szwajcarskim, który zasilany był przemycanym zarobkiem. Węsząca wokół Belforta FBI w końcu znalazła dowody na defraudacje i oszustwa, za co inwestor został skazany na pozbawienie wolności.

Łatwy do przewidzenia jest scenariusz – choć w efekcie pozornej – porażki, w konsekwencji której młody inwestor zostaje sam – bez przyjaciół, rodziny, majątku, wszelakich bogactw i beztroskiego życia.
Całość opowieści jest jednak bardzo dynamiczna, przedstawia w interesujący sposób postać historycznego i niezwykle temperamentnego mężczyzny, uzależnionego od gotówki, adrenaliny, narkotyków i wszelkich uciech. 

Choć sam film w mojej opinii zasługuje na niższą niż przyznaną przez portal Filmweb notę (8,1 pkt.), to na wyróżnienie i pełną dziesiątkę zasługuje DiCaprio, odtwórca postaci Bilforta. Wspominając niedawną jego rolę w „Wielkim Gatsbym”, gdzie obserwował świat także z pozycji bogacza, kolejny raz pokazał doskonałe wykonanie aktorskiego zadania. 

Ujęta przez Scorsese historia być może mogłaby trwać krócej niż blisko trzy godziny, jednak jako całość w kinie odbierana jest z pewnością bardzo dobrze. Wielu znawców kina już określiło tę propozycję jako kandydata, a nawet przyszłego laureata Oskara, co także może stanowić impuls do obejrzenia tej zacnej produkcji.

czwartek, 2 stycznia 2014

Za trzy tygodnie - od 24 stycznia - studio M-2 w siedzibie Trójki przy ulicy Myśliwieckiej, będzie studiem im. Andrzeja Turskiego. Niby mały ruch, a jednak bardzo ważny.

niedziela, 17 listopada 2013

Kompleks blogera



Blog to coraz popularniejszy sposób wyrażania siebie i komentowania otoczenia, który jednych denerwuje, innych zadziwia, kolejnych inspiruje. Wyraźny jest jednak konflikt pomiędzy blogerami a dziennikarzami. Ci pierwsi często na siłę próbują udowodnić, że dziennikarstwo to przeżytek.

Blogerem w ciągu kilku minut może zostać każdy. Wystarczy wybrać jedną z wielu oferowanych platform i zacząć pokazywać internetowemu otoczeniu, co nam w duszy gra. Blog może być narzędziem promocji, pamiętnikiem, albumem fotograficznym, czy naszym małym kinem, w którym będziemy prezentować nasze filmowe dokonania. Blogerzy to także, jak wspomniałam na początku, wciąż rosnąca grupa. Często nieco przytłaczająca, hałaśliwa, robiąca dużo szumu i promująca się również dzięki wskazywaniu błędów innych. I choć jako dziennikarz narzędzia nie krytykuję, bo przecież sama z niego korzystam, to coraz częściej widzę, że niektórzy zbyt poważnie traktują swoją blogerską misję.

Prawdziwego dziennikarstwa już nie ma

Do napisania kilku słów na temat blogerów i ich podejścia do dziennikarstwa zmotywowała mnie prelekcja Bartosza Idzikowskiego i Tomasza Kudły, którzy pojawili się we Wrocławiu na konferencji Marketing Progress. Panowie swoją wspólną wypowiedz zatytułowali "Plakat, ulotka czy bloger - kto lepiej sprzeda historię Twojego wydarzenia? Krótka historia pana zasięgu, pani strategii oraz pewnej wpływowej rodziny". Strona wizualna, czyli prezentacja, była świetnie przygotowana, a zawarte w niej informacje podano w bardzo przyjemnej formie. Jednak pomimo przedstawionego tematu niejednokrotnie można było usłyszeć zarzuty, jakie panowie kierowali w stronę dziennikarzy i dziennikarstwa. Dlaczego? Miałam wrażenie, że po prostu coś im siedzi na sercu i chcą się koniecznie tym podzielić z otoczeniem. Padło wiele porównań dotyczących dziennikarzy i blogerów. To trochę tak, jakby porównywać pracę motorniczego i pilota.

W czasie wystąpienia padło hasło "Nigdy nie widziałem obiektywnego dziennikarstwa". Po takich słowach dalszą część prelekcji traktuje się z dużym przymrużeniem oka, a do stawianych przez przemawiających tez podchodzi się ostrożnie. Tym bardziej, jeśli padały podczas konferencji skupiającej się na eventach. Ale nie od dziś wiadomo, że jak chce się wypaść w dobrym świetle, warto kogoś postawić w cieniu. Oczywiście najlepiej pod nieobecność tego "kogoś".

Panowie przypominali także, co bloger może, a czego dziennikarzowi nie wolno, jakie możliwości są po stronie blogerów i jak bardzo wyprzedzili już dziennikarzy. Z kontekstu można było wysnuć, że otoczenie dziennikarzy jest strasznie nudne, niedouczone, ksenofobiczne i nieobiektywne. Po czym padła anegdotka, jak to na jedną imprezę przyszedł Łukasz Jakóbiak i Tomasz Machała, i jak to ten pierwszy dostał najnowszy model smartfona z przekonaniem, że doskonale go wykorzysta i jednocześnie popromuje znaną markę, a Tomasz Machała, dziennikarz, musiał się zadowolić notesikiem i materiałami prasowymi w formie papierowej. Ach, ci nieobiektywni dziennikarze.

Panowie sprawiający wrażenie zadowolonych z siebie i z życia, spełnionych, innowacyjnych i pewnych siebie zdecydowanie powinni bardziej rzeczowo przedstawić to, co sami mają do zaproponowania, a nie przywoływać populistyczne hasła. Choć niestety to coraz częstsza domena blogerów (oczywiście nie wszystkich) pojawiających się na możliwie dużej liczbie imprez, na których albo w coś grają, albo śpiewają, albo po prostu są głośni.